Dentonet
LEKARZ
E-mail
WYBIERZ KATEGORIĘ
Marketing
Podatki
Prawo
Strefa relaksu
Technologie
Wiedza

Oczy stomatologa

0 Komentarze | Publikacja:
Poleć artykuł Drukuj artykuł Wielkość czcionki - +

Oczy stomatologa

Według statystyk częściej damskie niż męskie, a więc piękne, malowane, z długimi rzęsami i o miłym wejrzeniu. Oczy i dłonie – bez nich nie moglibyśmy pracować (ani żyć). A jednak, przy okazji wszelkich opracowań dotyczących ergonomii pracy w gabinecie stomatologicznym, specjaliści najczęściej martwią się o nasze kręgosłupy.

Poniekąd słusznie, ale to temat na osobny artykuł: jak pracować na siedząco i nie doprowadzić się do chronicznego bólu w plecach. Tak na marginesie, do łez śmieszą mnie niektóre Autorytety akademickie, które (walcząc z tym bólem właśnie) windują pacjenta z fotelem pod sufit i pracują stojąc, niczym drzewa i proszą się o żylaki podudzi.

Do łez śmieszą i proszę, by się nie obrażały (Autorytety); to nie jest śmiech złośliwy, tylko leczniczy. Łzy przecież są naszym wielkim sprzymierzeńcem, oczyszczają nasze oczy z tego wszystkiego, co w trakcie pracy do nich chcąc, nie chcąc, wprowadzamy. Łzy są ochroną, jedną z najlepszych, ale niemożliwą do ciągłego stosowania. Nie da się pracować i płakać jednocześnie. Chociaż czasy nastały takie, że nie byłoby nic dziwnego w tym, gdybyśmy mimo wszystko próbowali – wystarczy włączyć telewizor…

I bez tego, lista chorób, które powinno się bezwzględnie uznać za nasze „zawodowe” jest wystarczająco długa i ponura. Niestety, odebrano nam nawet prawo wcześniejszego przechodzenia na emeryturę, ale chyba nie ma się czemu dziwić. Memu przyjacielowi, który nie ma obu nóg, odebrano tzw. pierwszą grupę inwalidzka, bo ma przecież ręce, którymi może sam sobie popychać wózek. Może też tymi rękami pracować, cóż więc z Niego za inwalida? Teraz są czasy „zimnego chowu”; przechodzimy codzienną szkołę przetrwania, starajmy się więc chociaż widzieć jak najwięcej.

Wodotryski i komputery

Co w takim razie jest najlepszą ochroną dla oczu stomatologa? Nie ma jednego, opatentowanego sposobu. Nasze oczy nie tylko muszą znosić zmasowane ataki ciał obcych. Działają w skupieniu i wysiłku, na niewielkim obszarze widzenia i po prostu się męczą. A my zbyt rzadko pozwalamy im odpocząć. Kamery wewnątrzustne, stomawizje, radiowizjografie i inne Digory wymyślono właśnie po to, by nasze oczy częściej mogły odpocząć w trakcie pracy.

Mam tylko jedną do tych wszystkich wynalazków uwagę: większość z nich wiąże się z komputerem, a więc i monitorem. Nie dajemy odpoczynku oczom, przenosząc wzrok z wnętrza jamy ustnej pacjenta, na zwykły, komputerowy monitor. Jeżeli już ktoś decyduje się komputeryzować, niech nie oszczędza na matrycy LCD. To taki ekran, jak w laptopach: płaski i działający na zupełnie innej zasadzie niż telewizor. W momencie, kiedy nań patrzymy, on naszym oczom nie pomaga, ale też ich dodatkowo nie obciąża.Asysta

Skoro nie ma jednego sposobu, należy starać się stosować wszystkie, jakie nam tylko przyjdą do głowy – oczy muszą być chronione, jak tylko się da.

Uczestniczyłem w pewnym doświadczeniu naukowym, wykonywanym w gabinecie stomatologicznym, wyposażonym w sprzęt najwyższej światowej klasy. Proszę mi wierzyć: dziś nic lepszego na rynku nie ma. Rozpylono tamże wokół stanowiska pracy specjalny znacznik, widoczny w świetle fluorescencyjnym i na trzydzieści sekund uruchomiono turbinę. Tylko uruchomiono, nie pracując nią, doświadczenie odbywało się bez udziału pacjenta.

Przez pół minuty trzymano obracającą się turbinę w okolicy podgłówka fotela, pozwalając swobodnie unosić się kropelkom wody. Ot i całe „doswiadczenie”. Gabinet następnie zamknięto na cztery spusty i po 24 godzinach przystąpiono do badań. Nie jestem naukowcem i nie podam tu żadnych wymyslnych wyników eksperymentu, opiszę tylko, co widziałem.

Trzydzieści sekund to przecież bardzo krótko, prawda? Dobę później, po oświetleniu pomieszczenia specjalnym światłem okazało się, że po pierwsze: poza wodą i powietrzem, pracująca, niespełna półroczna turbina (mimo regularnego serwisowania) wyrzuca z siebie mnóstwo innych substancji, które badano, klasyfikowano i opisywano przez kilka dni.

Po drugie: całe to draństwo ma własciwie ciężar równy ciężarowi powietrza, bo „wisi”. Sam widziałem, słowo. To naprawdę robi wrażenie, a co gorsza, oddychamy tym na co dzień i przede wszystkim pakujemy sobie do oczu. Teraz wyobraźmy sobie gęstość tej fluorescencyjnej chmury, gdyby badana turbina naprawdę pracowała! Pył szkliwa i zębiny zmieszany z próchnicą, śliną pacjenta i olejem, którym konserwujemy sprzęt – to wszystko ląduje w naszych oczach natychmiast i bez wątpliwości. Skoro „chmurę” dało się zobaczyć po 24 godzinach…

Na ten eksperyment trafiłem przypadkowo, mając już z grubsza ustalony pogląd na temat zagrożeń dla oczu. Każdy widzi, co ma na szkłach okularów ochronnych lub na „przyłbicy” w czasie pracy. Od pewnego czasu usiłowałem pracować w soczewkach kontaktowych. Czternastodniowy model Johnsona po jednej zmianie w gabinecie, zanurzony w specjalnym płynie informował, że nadaje się do wyrzucenia od zaraz. Ot, taki mój mały, prywatny eksperyment.

A więc wreszcie jak się ratować?! Asystentką i ssakiem. Serdecznie przepraszam wszystkie Panie Asystentki, ale w zasadzie przede wszystkim ssakiem – asysta musi tylko we właściwy sposób go trzymać.

Okularów ochronnych na rynku jest mnóstwo rodzajów. Każdy dla siebie powinien dobrać takie, w jakich mu wygodnie pracować i jakie jednocześnie maksymalnie chronią oczy przed wszystkim, co do nich wpada. Pamiętajmy, że przyłbica jest przyrządem, który okularów ochronnych nie zastępuje, ona je tylko uzupełnia. Gorąco polecam jedno i drugie.Oświetlenie

Jakże często lekceważony (nieświadomie) element ochrony dla naszych oczu. Urządzając gabinet staramy się go oświetlić w sposób, który wydaje się nam najbardziej właściwy. Nie zdajemy sobie sprawy, że podświadomie prawie zawsze podchodzimy do problemu z punktu widzenia pacjenta.

Oświetlenie, to nie tylko okna i żarówki. Również kolor ścian, podłogi i sufitu, a to planujemy zazwyczaj pod kątem przyszłych odwiedzających. Czy będzie się podobało? Czy będzie stwarzać wrażenie profesjonalizmu? Czy może ma wywoływać efekt intymności i „domowej atmosfery”, żeby się nie bali? Gdzieś tam, na końcu tych rozmyślań być może pojawia się problem – czy będę dobrze wszystko widział/widziała? Z pewnością tak, mam przecież nowoczesną lampę w nowoczesnym unicie i światełko w końcówkach.

Każdy architekt powie Wam, że źródło światła to taki sam mebel, jak stolik czy szafka. W zależności od umiejscowienia może uwypuklić lub doszczętnie zrujnować koncepcję wyglądu pomieszczenia. Jest to sprawa niezwykle istotna, jednak podstawowym zagadnieniem jest takie oświetlenie gabinetu, by nasze oczy miały szansę w nim również odpocząć. I tak są zbombardowane chmurą rozmaitych pyłów, zmęczone ślęczeniem w jeden punkt i ogromnym wysiłkiem, do jakiego je zmuszamy, cokolwiek robimy w różowym ale ciemnym, błyskającym i pełnym odbić od powierzchni śliny, ograniczonym polu widzenia. Dajmy im więc chociaż dobre światło.

A cóż to znaczy „dobre światło”? No właśnie. Zacznijmy od tych w unicie (lampa) i końcówkach. Kupiliśmy, bądź zamierzamy kupić sprzęt, stosując pewne kryteria (bezawaryjność, dostęp do serwisu, estetyka, cena) i zazwyczaj na rodzaj i jakość lampy jesteśmy skazani. Ma dobrze świecić i mieć możliwość przynajmniej dwustopniowej zmiany jasności. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że z punktu widzenia stomatologa większość unitowych lamp jest jednakowa. Podobnie z turbinami wyposażonymi w światło – są lepsze i gorsze, dające mniejszą lub większą średnicę; jedne świecą mocniej inne słabiej, ale dla naszych oczu i oświetlenia gabinetu jako takiego, nie ma to większego znaczenia. A co ma?

Różnica w natężeniu światła skierowanego wprost do ust pacjenta i światła „tła”, to znaczy tego, które zapalamy włącznikiem na ścianie, wchodząc do gabinetu. Okuliści twierdzą, że im ta różnica jest mniejsza, tym lepiej dla naszych oczu. Praca dentysty, to nie jest kino: w gabinecie musi być widno. Jest to stwierdzenie mało odkrywcze, wiem, ale widywałem już gabinety wściekle nowoczesne i „modne”, w których widno nie było.Przemyślnie poumieszczane halogenki tworzyły półmrok, jak przy oglądaniu telewizji, a jasno oświetlony był tylko podgłówek fotela, stolik z narzędziami i blat biurka, gdzie wypełnia się dokumentację. Zabójstwo dla oczu kogoś, kto w takim pomieszczeniu pracuje kilka godzin. Do tego podłoga w ciemnej zieleni, granatowe ściany i podświetlony hologram na jednej z nich. Elegancja, nie powiem, wysokiej klasy. Coś w stylu „gabinet inny niż wszystkie”. Tylko skąd potem te kłopoty z pogarszajacym się wzrokiem? Ano stąd właśnie. Z wielkiej różnicy pomiędzy tłem, a jasnością pola operacyjnego.

Czy to znaczy, że nie wolno mieć kolorowych ścian i wszystko musi być białe, jak wszędzie? Oczywiście, że nie. Zacznijmy od początku: co jest najlepsze? Oczywiście światło dzienne, tylko z tym jest duży kłopot. San-Epidowski przepis o stosunku powierzchni szyby do powierzchni podłogi, który wynosić ma minimum 1:8 nie wziął się znikąd. Obliczono, że właśnie taka porcja światła dziennego wystarczy, by w pomieszczeniu było wystarczająco jasno w ciągu dnia, bez sztucznego wspomagania.

Przepis działa, ominąć przy rejestracji praktyki go bardzo trudno, jest rozsądny, a mimo to martwy. Wiemy wszyscy dlaczego. Odeszły w niepamięć i prawdopodobnie długo nie wrócą czasy, kiedy środowisko naszej pracy wesoło oświetlało najzdrowsze, dzienne światło. Przynajmniej dwa lub trzy razy w tygodniu, kiedy jeszcze pracowało się na zmiany. Dziś całe mnóstwo gabinetów znacznie przekracza dopuszczalny limit 1:8; wiele praktyk stomatologicznych korzysta z okien wystawowych, niemal szklanych ścian zewnętrznych.

Cóż z tego, skoro muszą one być zasłonięte, by nikt ciekawski z ulicy nie zaglądał pacjentom do buzi. Coraz mniej też słyszę o lekarzach pracujących na zmiany. Właściciele gabinetów pracują wtedy, kiedy są pacjenci, a nie, kiedy jest widno. Ciężko pracujące społeczeństwo, o ile jest na tyle zamożne, by korzystać z usług prywatnej praktyki, zazwyczaj pracuje dłużej niż zapomniane osiem godzin.

Ci, którzy nam ufają i chcą dać nam swoje pieniądze w zamian za dobrą usługę, mają czas wieczorem. Może nie jest to regułą, ale zdarza się naprawdę bardzo często. Proszą o termin wizyty po 17:00, nierzadko (o ile się zgodzimy) wręcz o 21:00. Spotykacie się Państwo z czymś takim, prawda?

Wiemy już więc, że najlepszym oświetleniem gabinetu jest światło dzienne, ale – z rozmaitych przyczyn – możemy je praktycznie pominąć. Cóż w zamian? Ogromny wybór – wejdźmy do najbliższego sklepu z lampami i postarajmy się tę mnogość jakoś „skanalizować”.

Najlepszym (i najczęściej stosowanym) rozwiązaniem jest oświetlenie z góry. Ideałem byłoby, żeby świecił cały sufit. Ponieważ do dobrego oświetlenia dwudziestu metrów kwadratowych w zupełności wystarczy dwustuwatowa żarówka, problem mamy rozwiązany. Z tym, że nie do końca. Jedno, górne źródło światła będzie powodować powstawanie i zanikanie cienia, w zależności od tego, jak my i personel (o ile go mamy) będziemy się poruszać. Gdzieś, w kątach, za szafkami zawsze będą miejsca ciemne, w ogóle nieoświetlone. Ani to zdrowo dla naszych oczu, ani elegancko. Pacjent może sobie wyobrazić takie miejsca jako gorzej posprzątane.Należy więc tę hipotetyczną żarówę rozdzielić na wiele mniejszych. Nie odkrywam Ameryki, bardzo dużo gabinetów posiada podwieszony sufit, a w nim zamontowane specjalne panele oświetleniowe lub kilka czy kilkanaście halogenowych żarówek. Czy wszyscy, którzy zastosowali takie rozwiazania są z nich zadowoleni? Nie sądzę, trzeba bowiem wziąć pod uwagę kilka dodatkowych czynników.

Po pierwsze – obniżenie sufitu. Jeśli mamy do dyspozycji lokal wysoki na cztery i pół metra, to nie ma o czym mówić. Jeśli jednak nie, pomyślmy o czymś innym. Gabinet o wysokości poniżej trzech metrów, choćby miał wielka powierzchnię, zawsze będzie robił wrażenie „piwnicznej izby”. Dobre rozwiązanie musi polegać na tym, by całe pomieszczenie było oświetlone równomiernie. Podwieszane sufity w połączeniu z halogenami mają jeszcze jedną zasadniczą wadę: upchnięte bez przepływu powietrza transformatory i oprawki szybko się grzeją i halogenowe żaróweczki często trzeba wymieniać.

Podobnie niestety dzieje się z upływem czasu z panelami oświetleniowymi. Wymyślono dwa kolory świetlówek, pomarańczowy i niebieski, które, zastosowane łącznie „imitują” kolor dziennego światła. Moim zdaniem kiepsko to robią, poza tym są również zawodne. A migająca świetlówka w suficie, to coś, co szkodzi nie tylko na oczy ale i na nerwy, nieprawdaż? Wszystko nam jedno, czy winna jest żarówka, starter czy transformator; miga i wywołuje niepotrzebne zdenerwowanie.

Dobrze więc, nie powieszamy sufitu, oświetlamy się równomiernie kinkietami ze ścian… Znam taki gabinet, nie róbcie tego błędu, proszę. Ściany są oświetlone fantastycznie, zmarnowano miejsce na ewentualne wiszące szafki, a na wysokości pasa i niżej jest już tak ciemno, że ciężko znaleźć upuszczoną formówkę. Takie oświetlenie głównie górnej części gabinetu nasila jedynie różnicę w natężeniu, o której pisałem. Wszystko poniżej stołu/blatu oświetlone jest lampą unitu i oczy (w przerwach w pracy) zamiast odpoczywać, męczą się podwójnie.

Oświetlenie, równomierne dla całego pomieszczenia powinno być skierowane z góry na dół. Bez względu na modę, ekstrawagancję i wystrój, zawsze polecał będę jasny, jeśli nie wręcz biały sufit. I to z niego powinno płynąć światło, bo po co oświetlać coś, co i tak jest najjaśniejsze? Duża ilość prywatnych gabinetów stomatologicznych wymusza zdrową konkurencję i niech to będzie konkurencja na polu jakości świadczonych usług. Wystrój postawmy na drugim miejscu. Nie neguję podłóg w szachownicę i szalonych kolorów ścian, pod warunkiem, że wszystko prawidłowo oświetlimy. Z przyczyn podanych powyżej (ale nie tylko dlatego), osobiście nie cierpię oświetlenia halogenowego. To oczywiście nikogo może nie obchodzić, ale powiem, co można w zamian.Po pierwsze, istnieje wynalazek, który nazywa się żarnik. Dwa wiszą w maleńkich oprawach (uchwytach właściwie) w mojej poczekalni od sześciu lat, po przekątnej w rogach sufitu. Przeżyły już trzykrotne odnawianie, świecą porządnym, wyrazistym, białym światłem po kilka godzin dziennie. Kilkanaście razy na dobę są gaszone i zapalane, regularnie wycierane zwykłą, wilgotną szmatką i nigdy nie sprawiły kłopotu. Ufając, że przetrwają kolejne szesć lat, gorąco polecam. Są energooszędne wg wszelkich norm, małe, a zapewniają jasność na poziomie minimum dwustu watów.

Po drugie, nietrudno wyszukać oprawy, które pozwolą na łatwy dostęp (wymiana, umycie), łatwy montaż, a przystosowane są do zwykłych żarówek, najczęściej z małym gwintem, świecowych lub okrągłych. W czterech rogach sufitu da się zamontować nawet po dwie tego typu oprawy. Każda pozwala na zastosowanie dwóch żarówek po 40 W każda, co, jak łatwo policzyć daje 640 W – w gabinecie niespełna dwudziestometrowym. Mam bardzo jasno, mam równomiernie, z każdej strony, ale to jeszcze nie koniec.

Bezpośrednio na „roboczym blacie” w okolicy zlewów, bez strachu i przesądów postawiłem dodatkową lampkę, żeby ułatwić pracę asystentce, która czasem ze mną pracuje, a czasem nie. Z przeciwnej strony, na biurku, (każdy musi odwalić gdzieś papierkową robotę) postawiłem taką samą. Obydwie obsługują po jednej, czterdziestowatowej żarówce. Kable zostały schowane pod listwy wykończeniowe, prąd do oświetlenia „głównego” idzie po prostu w rogach, pod tynkiem.

Proszę uwierzyć, naprawdę mam widno, mimo ciemnej podłogi i blatów. Słyszałem zarzuty, że niezbyt nowocześnie, bo nie oszczędzam na energii elektrycznej. Policzyłem więc ostatnie trzy lata, przyrównując oświetlenie gabinetu do żarników, które podobno pobierają najmniej prądu. We dwóch liczyliśmy, z Panem Elektrykiem, bo jestem słaby z matematyki. Otóż „dokładam” do energii niespełna trzydzieści złotych rocznie. Tyle mniej więcej zaoszczędzę na unicie, który pobiera połowę tego prądu, co zwykła lodówka.

Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie namawiam nikogo na tradycyjne oświetlenie. Lubicie halogeny, montujcie. Panele, bardzo proszę. Z punktu widzenia Waszego wzroku (czyż może być lepszy punkt widzenia?) istotne jest, byście mieli choć odrobinkę więcej niż 10 watów na metr kwadratowy, żeby świeciło bezcieniowo, to znaczy z czterech stron, równomiernie i z góry na dół. To nie znaczy, że Wasze oczy będą dzięki temu odpoczywać. One będą tylko mniej się męczyć. To ważne: tym mniej, im mniej w gabinecie (poza sufitem!) będzie białego koloru.Kolory

Jest jeszcze jeden kłopot ze sztucznym oświetleniem w gabinecie stomatologicznym. Dobór koloru wypełnienia i koloru porcelany na wykonywanych koronach i mostach. Nawet przy świetle dziennym jest to czasami wielką sztuką. Przy tradycyjnym oświetleniu elektrycznym wymaga wzięcia pewnej poprawki. Takiej poprawki można się nauczyć i „trafiać” kolory bezbłędnie, mając do dyspozycji odpowiednie wzorce (kolorniki). Szanujący się producenci wypełnień kosmetycznych dodają własne kolorniki do opakowań produktu. Troszkę trudniej z dobraniem koloru dla korony porcelanowej, co z pewnością należy robić przy wykorzystaniu lampy zamontowanej w unicie, a także, dla tej samej korony, bez tejże lampy, jedynie w świetle elektrycznym. Naturalne jest, że uzyskuje się wówczas dwa różne rezultaty.

Ostateczny kolor, czy raczej melanż kilku kolorów, o jakie poprosimy pracownię protetyczną, niekoniecznie musi być wypadkową tych dwu rezultatów. Cóż więc robić, zwłaszcza, jeżeli (zgodnie z sugestią złego wpływu nadmiaru bieli na nasze oczy) mamy kolorowe ściany? Marchewkowe, morelowe, niebieskie… Każdy z tych kolorów będzie mylił, nas i naszą poprawkę na sztuczne oświetlenie.

Najpewniejszym wyjściem jest wymuszenie na pacjencie jednej wizyty w świetle dnia. Nawet najbardziej zajęty człowiek, dla własnej urody znajdzie kwadrans, żeby zmierzyć tzw. „surową porcelanę”. Pozwoli nam to na ewentualną korektę w porozumieniu z pracownią. Jeżeli takie wyjście nie wchodzi w grę, nie obejdzie się bez systemu dobierania kolorów 3D Master. Zestaw składa się z katalogu, kasety wideo, CD-romu i specjalnego kolornika. Jest drogi i trudno dostępny, ale umożliwia nauczenie się dobierania właściwych kolorów porcelany teoretycznie nawet przy świeczce…

Przegryzienie się przez system 3D Master zajęło mi pół roku, ale to dlatego, że jestem brzydszej płci. Kobiety zawsze są lepsze od mężczyzn, jeśli chodzi o kolory, wiadomo to od wieków. Celowo nie wspominam tu nic o wykorzystaniu komputera przy dobieraniu koloru.

Bez względu na płeć jednakowoż, kiepskimi oczyma nie dobierze się żadnego prawdziwego koloru, apeluję więc, z racji wieku i doświadczenia napominam i przestrzegam: dbajcie o oczy. Czegokolwiek byście w tym kierunku nie zrobili, nie będzie to przesadą. Jeśli nie macie asystentki – zatrudnijcie ją. Jeśli Was nie stać, przynajmniej kupcie nowe okulary ochronne. Jeśli macie złe oświetlenie, zróbcie remont gabinetu. Ale dbajcie o oczy.

Napominał i przestrzegał

Wasz

lek. dent. Grzegorz Chwiłoc


POWIĄZANE ARTYKUŁY

Turcja - Dentonet.pl
Turcja: wizyty u stomatologa w czasie pandemii bezpieczne! Lekarz

Tureckie ministerstwo zdrowia włączyło się w akcję informacyjną skierowaną do pacjentów. Ma ona przekonać, że leczenie stomatologiczne, pomimo wysokiej, przekraczającej ćwierć miliona przypadków liczby zachorowań na COVID-19, nie stwarza zagrożenia. ...

Kto do lekarza stomatologa bez kolejki? NFZ przypomina Lekarz

NFZ przypomina pacjentom i prowadzącym placówki medyczne współpracujące z funduszem o uprzywilejowanej grupie pacjentów, którzy ze świadczeń opieki zdrowotnej mogą korzystać poza kolejnością. Informacja o tym fakcie musi być umieszczona w widocznym m...

ROZWIŃ WIĘCEJ
Otworzyć oczy na ciemność [wakacyjny konkurs fotograficzny] Lekarz

Po naszej ostatniej wskazówce z pewnością udało Ci się być doskonałym obserwatorem i pamiętałeś o odpowiedniej bliskości z osobą, która stanęła przed Twoim obiektywem. Wakacje nadal trwają, a wraz z nimi nasz konkurs! Mamy dla Ciebie kolejną podpowie...

Targi Krakdent 2018: Avatar Stomatologa przyjął się na rynku Lekarz

Avatar Stomatologa to system edukacyjny wyświetlany w poczekalni gabinetu stomatologicznego. Po kilku miesiącach na rynku cieszy się rosnącym zainteresowaniem, czego dowodem było zainteresowanie produktem wśród gości odwiedzających targi Krakdent....

Dodaj komentarz (0 komentarzy)

Każdy komentarz zostanie poddany moderacji

Od (imię)
Do (e-mail)
Temat
Treść
255

Wiadomość e-mail została pomyślnie przesłana na adres