Dentonet
PACJENT
E-mail
WYBIERZ KATEGORIĘ
Chirurgia
Choroby jamy ustnej
Estetyka
Pacjent w gabinecie
Poradnia
Profilaktyka

Rwacz zębowy przyjechał!

0 Komentarze | Publikacja:
Poleć artykuł Drukuj artykuł Wielkość czcionki - +
Rwacz zębowy przyjechał!

Rwacz zębowy przyjechał!

Średniowieczni rwacze zębowi – cyrulicy, balwierze, różnej maści pseudomedycy – rzadko kiedy przyjmowali pacjentów w zaciszu własnych domów. Z reguły miejscem ich działania była przestrzeń publiczna: plac przed kościołem, rynek, miejsce targowe.

Zawodowi "rwacze zębów" po raz pierwszy pojawili się w Italii, w okolicach Spoleto w XII wieku. Rychło zdobyli wielu naśladowców, wędrujących przez miasta i miasteczka Europy w poszukiwaniu jarmarków i odpustów. To właśnie wtedy, podczas lokalnych świąt i uroczystości, rwacze przyjmowali największą liczbę pacjentów. Najczęściej byli to mieszkańcy okolicznych miejscowości, którzy chcieli się raz na zawsze pozbyć chorego zęba.

Ponieważ w owych czasach nie istniał zakaz reklamowania usług medycznych, a konkurencja między pseudodentystami była zacięta, każdy rwacz starał się prześcignąć swych kolegów pomysłowością i oryginalnością. Wrażenie robiło już samo przybycie "doktora", który dostojnie wkraczał na plac jarmarczny w otoczeniu wynajętych aktorów, linoskoczków, trębaczy oraz muzykantów. Za mistrzem podążało kilku pomocników, będących średniowiecznym odpowiednikiem asysty stomatologicznej. Panowie ci wyróżniali się odpowiednią posturą i krzepą, konieczną nie tylko do przytrzymania pacjenta, lecz również do zmierzenia się ze świtą konkurencji. Na końcu orszaku szli miejscowi robotnicy i cieśle – ich zadanie polegało na zbudowaniu specjalnego podestu, ułatwiającego gapiom obserwację zabiegów.

Po postawieniu drewnianego podium świta rwacza ustawiała na nim różne dziwne rekwizyty: tajemnicze fiolki i retorty, magiczne talizmany na ból zęba, zasuszone lub wypchane zwierzęta (najbardziej popularny był kruk lub krokodyl, w owych czasach symbolizujący wiedzę naukową). Aby podest był dobrze widoczny z daleka, przytwierdzano do niego kolorowe proporce z łacińskimi sentencjami i emblematami nawiązującymi do astrologii lub nauk medycznych. Często też wieszano nad fotelem stomatologicznym (czyli nad zwykłym zydlem lub krzesłem) wielki portret mistrza bądź jego dyplom lekarski. Oczywiściem, autorem dyplomu był z reguły sam rwacz, który dodawał sobie w ten sposób splendoru i kreował na fachowca – profesjonalistę.

Po ustawieniu wszystkich rekwizytów nadchodził czas, aby przyjąć pierwszego pacjenta. Nieszczęśnik na oczach gapiów zasiadał na scenie, a mistrz dentystyki przystępował do leczenia. Oczywiście, najczęściej wykonywanym zabiegiem była przeprowadzana "na żywca" ekstrakcja. Pacjent krzyczał z bólu i wyrywał się asyście, trębacze dęli w trąby, kuglarze pokazywali zabawne sztuki, a publiczność świetnie się bawiła, głośno komentując przebieg zabiegu. Z całego tego zamieszania korzystała banda złodziejaszków, będąca nierzadko w zmowie z pseudodentystą i dzieląca się z nim łupami z kradzieży.

Co ciekawe, średniowieczni rwacze naprawdę cieszyli się dużym szacunkiem i poważaniem, mimo iż większość z nich nie miała żadnego wykształcenia medycznego. Podziwiano ich nie tylko za biegłość w wyrywaniu zębów, lecz również za znajomość zaklęć i magicznych receptur, które miały chronić przed działaniem robaków zębowych (patrz: TUTAJ). Uważano również – nie bez racji – iż rwacz jest człowiekiem bywałym w świecie, co dla ludzi, którzy nigdy nie opuścili swojej wsi lub miasteczka, było jednocześnie podejrzane i ekscytujące.

Istniał jeszcze jeden powód, dla którego wędrowni rwacze zębowi byli otaczani tak dużym respektem. Powszechnie uważano, że są to ludzie niezwykle zamożni, że zdobyli wielkie bogactwo na wyrywaniu zębów. Przekonanie to – podsycane przez samych rwaczy – nie do końca jednak odpowiadało prawdzie. Wielu wędrownych dentystów ledwo wiązała koniec z końcem, jedynie nielicznym udało się zdobyć spory majątek.
Ci najlepsi osiadali w końcu w jakimś większym mieście i tam otwierali "prywatną praktykę", oferując swoje usługi bardziej zamożnym klientom niż bywalcy małomiasteczkowych odpustów i jarmarków.

 

B.Sz.


Dodaj komentarz (0 komentarzy)

Każdy komentarz zostanie poddany moderacji

Od (imię)
Do (e-mail)
Temat
Treść
255

Wiadomość e-mail została pomyślnie przesłana na adres